O prezentach według KonMari

Konmari poświęca dużo uwagi filozofii dawania prezentów. Zadaniem prezentu jest bycie wręczonym i przyjętym. Prezent ma wywoływać radość obdarowującego i osoby, która podarek przyjmuje. Często jednak prezent jest nietrafiony i przyczynia się do domowego zagracenia. Nie lubimy niektórych prezentów, nie używamy ich, ale również się nich nie pozbywamy, bo szanowny darczyńca mógłby się obrazić.

Częste są stwierdzenia w stylu „trzeba coś kupić osobie X na gwiazdkę” albo „muszę coś kupić żonie na rocznicę”. Wymuszone prezenty nie sprawiają radości ani dającemu, bo kupuje je z przymusu, ani obdarowanemu, bo ten przymus czuje. Takie prezenty rzadko są trafione, zalegają głęboko w szafach lub stają się prezentami drugiej kategorii – oddane komuś innemu – i trzeciej kategorii, bo obdarowana osoba też komuś odda. Rzeczy sprawiają radość tylko wtedy, gdy są wymarzone, wybrane, wyczekane. W świecie nadmiaru przedmiotów, nowe rzeczy nie przynoszą takiej radości jak w czasach, kiedy mieliśmy niewiele.

Rozwiązanie dylematów prezentowych jest bardzo proste. Obdarowujmy inaczej: dawajmy nie przedmioty, lecz przeżycia. Wspólnie spędzone chwile są lepsze, niż rzeczy, które zwykle cieszą przez krótki czas. Obdarowujmy ludzi swoją uwagą, zrozumieniem ich pasji, tym, czego mogą posmakować lub się nauczyć. Poniżej znajdziecie kilkanaście pomysłów na prezenty, które nie zalegną w szafach:

  • wizyta w restauracji – ulubionej (dla kulinarnego ortodoksa) lub zupełnie nowej (dla kulinarnego odkrywcy)
  • zamówienie ulubionego dania do domu, np. sushi – rocznicowa uczta sushi
  • wspólne gotowanie – kolacja plus dobre wino
  • wizyta w salonie spa, masaż, spa dla dwojga
  • wyjazd na weekend do hotelu, wycieczka do romantycznego miejsca (w przypadku szczególnych okazji – nawet za granicę)
  • karnet na manicure, do ulubionego lub sławnego fryzjera
  • wspólne spędzenie czasu w kinie lub teatrze
  • bilety na koncert ulubionego artysty – dla fana muzyki
  • bilety na wydarzenie sportowe – dla kibica
  • abonament na mecze lub pakiet sportowy w telewizji
  • doładowanie do ulubionej gry – dla gracza
  • wspólna wyprawa na ryby, grzyby, żagle, kajak
  • wyjście na łyżwy, trampoliny, kręgle, gokarty
  • ciekawe muzeum, np. niewidzialna wystawa
  • paintball, zajęcia z robotyki
  • wizyta w galerii sztuki
  • lekcja gry na instrumencie
  • wizyta centrum gier logicznych, np. escape room
  • kurs samoobrony
  • karnet na fitness
  • kurs gotowania, serwowania win
  • kurs fotografii, makijażu
  • indywidualny makijaż i dobór kosmetyków
  • kurs emisji głosu
  • tematyczna sesja zdjęciowa
  • list, wiersz, opowiadanie
  • lot balonem, helikopterem
  • kurs oddechu, medytacji, organizacji przestrzeni
  • wizyta płatna u lekarza – jeśli rodzić czeka pół roku na wizytę z funduszu
  • sfinansowanie remontu lub naprawy w domu
  • bon do dentysty, np. implant (dla emeryta to duży wydatek)
  • coś zrobionego samodzielnie, co wprawdzie jest rzeczą, ale ma indywidualny i potencjalnie sentymentalny charakter – szczególnie w przypadku dzieci i prezentów dla rodziców lub dziadków
  • impreza niespodzianka – zaproszenie znajomych
  • jeśli już musi być to rzecz, to skonsultujmy ją z osobą, która prezent dostanie – i lepiej złożyć się w kilka osób na rzecz lepszej jakości, niż kilka drobiazgów.

Ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. Ważne, żeby zrobić wysiłek poznania, czym interesuje się osoba, którą obdarowujemy. Życzę odwagi w przestawianiu się z prezentów materialnych na niematerialne. Jest to duża zmiana, więc jeśli trzeba, porozmawiajmy o niej w rodzinie lub wśród przyjaciół. Nie nakręcajmy się, że żona kupiła prezent za dwieście złotych to mąż musi za trzysta. Prezent to wyraz naszego zaangażowania a nie przykry obowiązek lub manifestacja statusu społecznego!!

Miłego obdarowywania!!

Reklamy

Moja droga do KonMari

Moja fascynacja metodą KonMari rozpoczęła się jakiś rok temu, kiedy przeczytałam w polskiej prasie artykuł o Marie Kondo, japońskiej szalonej fanatyczce domowych porządków. Jej metoda sprzątania była prosta: wyjmij wszystkie ciuchy na środek, zrób z nich kopiec, a potem bierz każdą rzecz osobno, przytulaj do serca i patrz jak reaguje twoje ciało. Jeśli poczujesz „ciń” – to znaczy, że ubranie wywołuje w tobie radość i zostaje z tobą. Resztę wyrzucasz dziękując za wysługę lat.

Proste? Proste. Genialne.

Postanowiłam zobaczyć Marie Kondo w akcji. Obejrzałam wszystkie filmy w internecie z jej udziałem. Jakieś trzy godziny materiału. Z zapartym tchem patrzyłam, jak drobniutka Marie w sukience i białym żakieciku z pasją składa ubrania w stojące pakieciki. Zauroczyła mnie. Owładnęła mną mania sprzątania tak silna, że wciągnęło mnie na trzy miesiące. W międzyczasie kupiłam książkę „Magia sprzątania”, w której KonMari obiecywała, że sprząta się tylko raz w życiu i nikt, kto sprzątnął wszystkie kategorie, nie wraca do zagracenia. To trzymało mnie w ryzach sprzątania. Nawet wtedy, kiedy moje zatoki od kurzu odmówiły posłuszeństwa i na kilka tygodni zmógł mnie katar.

Zawsze lubiłam minimalizm, myślałam, że mam niewiele rzeczy, ale moje worki można było liczyć w dziesiątkach sztuk. Wyrzucałam stare ubrania, pościel, buty, urządzenia, narzędzia kuchenne rozdawałam tym, którzy chcieli. Książki oddałam do biblioteki a pamiątki zebrałam w jednym pudle i nakryłam wieczkiem. Przeszłam wszystkie stopnie wtajemniczenia w sprzątaniu dziecięcych pokojów i składaniu skarpetek. Zawracałam głowę również kolegom z pracy, którzy patrzyli z lekkim politowaniem, jak robię show składając dziwnego kształtu sweterek, żeby stał samodzielnie.

Przypadkiem dostałam newsletter o możliwości zostania konsultantem KonMari. I zawahałam się, gdy przyszło powiadomienie o kursie w Nowym Jorku, bo byliśmy właśnie na pierwszych rodzinnych wakacjach w Stanach i wizja rychłego powrotu, a raczej kosztów z tym związanych była silniejsza niż chęć spotkania Marie Kondo osobiście. Kilka dni po moim wahaniu sprawdziłam możliwość zapisania się na kurs, ale lista była pełna. Obiecałam sobie wtedy, że bez względu na okoliczności i stan konta, pojadę na następne seminarium dla kandydatów na konsultantów, choćby nie wiem co.

I tak, jestem po seminarium. Byłam w San Francisco i uścisnęłam rękę malutkiej Japonki, KonMari. Tak, przeszłam trzydniowe angielsko-japońskie pranie mózgu i jestem na dobrej drodze do zostania oficjalnym konsultantem do spraw porządkowania domów i biur. Jestem w trakcie mojej własnej drogi do KonMari. Jest jeszcze kilka zakątków w moim domu, które czekają na porządki, chociażby wielkie pudło z pamiątkami. Dopiero gdy posprzątam swoje rzeczy do końca, będę pełnoprawnym konsultantem, który może pomagać innym zmieniać swój świat.