Moja droga do KonMari

Moja fascynacja metodą KonMari rozpoczęła się jakiś rok temu, kiedy przeczytałam w polskiej prasie artykuł o Marie Kondo, japońskiej szalonej fanatyczce domowych porządków. Jej metoda sprzątania była prosta: wyjmij wszystkie ciuchy na środek, zrób z nich kopiec, a potem bierz każdą rzecz osobno, przytulaj do serca i patrz jak reaguje twoje ciało. Jeśli poczujesz „ciń” – to znaczy, że ubranie wywołuje w tobie radość i zostaje z tobą. Resztę wyrzucasz dziękując za wysługę lat.

Proste? Proste. Genialne.

Postanowiłam zobaczyć Marie Kondo w akcji. Obejrzałam wszystkie filmy w internecie z jej udziałem. Jakieś trzy godziny materiału. Z zapartym tchem patrzyłam, jak drobniutka Marie w sukience i białym żakieciku z pasją składa ubrania w stojące pakieciki. Zauroczyła mnie. Owładnęła mną mania sprzątania tak silna, że wciągnęło mnie na trzy miesiące. W międzyczasie kupiłam książkę „Magia sprzątania”, w której KonMari obiecywała, że sprząta się tylko raz w życiu i nikt, kto sprzątnął wszystkie kategorie, nie wraca do zagracenia. To trzymało mnie w ryzach sprzątania. Nawet wtedy, kiedy moje zatoki od kurzu odmówiły posłuszeństwa i na kilka tygodni zmógł mnie katar.

Zawsze lubiłam minimalizm, myślałam, że mam niewiele rzeczy, ale moje worki można było liczyć w dziesiątkach sztuk. Wyrzucałam stare ubrania, pościel, buty, urządzenia, narzędzia kuchenne rozdawałam tym, którzy chcieli. Książki oddałam do biblioteki a pamiątki zebrałam w jednym pudle i nakryłam wieczkiem. Przeszłam wszystkie stopnie wtajemniczenia w sprzątaniu dziecięcych pokojów i składaniu skarpetek. Zawracałam głowę również kolegom z pracy, którzy patrzyli z lekkim politowaniem, jak robię show składając dziwnego kształtu sweterek, żeby stał samodzielnie.

Przypadkiem dostałam newsletter o możliwości zostania konsultantem KonMari. I zawahałam się, gdy przyszło powiadomienie o kursie w Nowym Jorku, bo byliśmy właśnie na pierwszych rodzinnych wakacjach w Stanach i wizja rychłego powrotu, a raczej kosztów z tym związanych była silniejsza niż chęć spotkania Marie Kondo osobiście. Kilka dni po moim wahaniu sprawdziłam możliwość zapisania się na kurs, ale lista była pełna. Obiecałam sobie wtedy, że bez względu na okoliczności i stan konta, pojadę na następne seminarium dla kandydatów na konsultantów, choćby nie wiem co.

I tak, jestem po seminarium. Byłam w San Francisco i uścisnęłam rękę malutkiej Japonki, KonMari. Tak, przeszłam trzydniowe angielsko-japońskie pranie mózgu i jestem na dobrej drodze do zostania oficjalnym konsultantem do spraw porządkowania domów i biur. Jestem w trakcie mojej własnej drogi do KonMari. Jest jeszcze kilka zakątków w moim domu, które czekają na porządki, chociażby wielkie pudło z pamiątkami. Dopiero gdy posprzątam swoje rzeczy do końca, będę pełnoprawnym konsultantem, który może pomagać innym zmieniać swój świat.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s